piątek, 15 lipca 2016

Rozdział 36

Najważniejsza piosenka YL, więc bez wymówek, każdy niech włączy!
Rozdział niesprawdzany, bo dodaję przed wyjazdem

To miało być wszystko? To była chwila, gdzie żegnaliśmy się, udając, że wcale tego nie robimy? Z trudem patrzyłam Zaynowi w oczy, kiedy jego ręka musnęła moje fioletowe siniaki przez materiał bluzki. Zapamiętał ułożenie wszystkich ran, jego palce delikatniej dotknęły miejsce, które bolało najbardziej.
- Teraz sobie pójdziesz, tak? Sprawisz, że będę chciała cię zatrzymywać, będę się zastanawiała, jaki błąd popełniłam, mimo że tylko ty jesteś winien. Robisz ze mnie szaleńca. Pójdziesz sobie bez słowa i okaże się, że nigdy więcej cię nie zobaczę.
- Miałem zamiar cię zatrzymać.
Och.
- Wyglądasz na wściekłą, założyłem, że chcesz uciec.
- To nie ja tutaj uciekam, Zayn – wymamrotałam niezgrabnie, gdy odsunął się ode mnie, opuścił ręce wzdłuż swojego ciała i zacisnął zęby na dolnej wardze.
Czułam, jak pali mnie skóra.
- Chcę ci powiedzieć, że… - Nigdy nie dowiedziałam się, co kryło się za drugą częścią jego wyznania.
- Jestem wreszcie!
Alex rzucił na stół talerz z frytkami i uniósł ręce w uroczystym geście. Otworzyłam szeroko oczy na widok zakłopotanego Zayna. Wyglądał tak nadzwyczajnie, kiedy ręką nerwowo pocierał kark i nie umiał na niczym skupić wzroku. Miałam ochotę powiedzieć jakieś słowa otuchy, ale nie rozumiałam właściwie, czemu się tak nagle speszył. Nigdy nic go nie ruszało.
- Rajdowcy to cholerne żebraki – mówił Alex, siadając na ławce i podbierając mi kilka frytek. – Nie dość, że była niewiarygodna kolejka po zamówienie jedzenia, to jeszcze oskrobano mnie z dwudziestu funtów. Dwudziestu funtów!
Wywróciłam oczami na tę niesamowitą historię i przyjrzałam się Malikowi. Wychodził?
- Pieniądze, Alex – westchnął brunet, przybierając z powrotem maskę na twarz. Już mnie nie dostrzegał.
- Nie dostałem jeszcze.
- To się pospiesz. Nie mam zamiaru tracić czasu.
- Nie chcesz spędzić z nami kilku chwil? – Alex uśmiechał się bezczelnie, najwyraźniej miał w zanadrzu coś bardzo przekonującego. – Przyszli znajomi z Vic na czele.
Usiadłam z wrażenia po zobaczeniu miny Zayna. Może miał gorączkę, może to zwykła żarówka, która odbijała się w jego spojrzeniu. Lub po prostu ulżyło mu na wieść o Vic. Ożył, jego oczy błysnęły, zaczęły w pośpiechu szukać dziewczyny, ani razu nie zatrzymując się na mnie.
Nie obraziłabym się, gdyby moje życie okazało się snem. W tamtej chwili żądałam od Malika tylko jednej rzeczy. Odejścia. Nie wyobrażałam sobie, że miałby tu zostać z tamtą dziewczyną.
- Kiedy będziesz miał pieniądze? – spytał cierpko, lekceważąc zachęty Alexa.
- Pewnie późną nocą. Po wielu drinkach, po wielu ślicznych panienkach – zachichotał, zabierając mi kolejne frytki. Nie było już połowy, za co byłam wdzięczna. Niedługo będzie to dla mnie dobry pretekst, żeby wyjść i zamówić kolejne. I ot tak zapomnieć wrócić.
Chciałam zyskać uwagę Zayna chociaż przed nadejściem ludzi, ale on unikał mojego wzroku. W ostateczności usiadł. Na mojej ławce, żeby nie musieć przypadkiem spotykać się z moim spojrzeniem. Jak okrutnie.
- Effie, zamówiłem ci piwo, jak chciałaś…
Nie chciałam, jednak nie miałam serca się sprzeciwiać. Wiedziałam, że Malik nie znosił mnie pijącej.  Niech więc patrzy.
- Dzięki – bąknęłam, ponownie zagłębiając się w lekturze menu, które wcześniej wyrwał mi Zayn. Zaczynałam zapamiętywać podkategorie alkoholi, kiedy czyjeś udo zetknęło się z moim. Podskoczyłam znacząco i łypnęłam na osobę obok.
Jakaś nieznana mi dziewczyna siedziała obok w ścisku z innymi ludźmi, których widziałam pierwszy raz w życiu. Uśmiechnęłam się przepraszająco, cofając pod ścianę. Zastanawiało mnie, czemu Malik znowu zachował się jak idiota i postanowił znaleźć się po drugiej stronie ławki. To już nie mógł nawet usiąść obok?
Wychyliłam się szybko, od razu żałując tego wyboru. Zobaczyłam Vic w sekundzie, kiedy rzucała się Zaynowi na kolana. Chłopak rozmawiał z kimś zaciekle i nie zauważył jej, dopóki nie poczuł ciężaru na swoich nogach. Nie wyglądało mi to już na żadne udawanie. Jego szeroki uśmiech wraz z głębokim pocałunkiem, jaki złożył na wymalowanych ustach dziewczyny, był wystarczającym powodem, by uwierzyć w ten związek. Nie byłam wcale zadowolona. Cokolwiek Malik ukrywał, nie miał problemu z okazywaniem uczuć Vic.
Oczekiwałam wolności, jaką mogłam sobie kupić przejściem przez ośmioro ludzi, wypinając się przy tym i gimnastykując, by nie nadepnąć nikomu na stopy. A na samym końcu czekał mnie Zayn. Czy byłabym w stanie nie potknąć się, ominąć go bez konieczności dotykania? Czy w ogóle udałoby mi się wyjść, skoro zasłaniała go Vic?
- Nie wiedziałam, że po ostatniej imprezie kiedykolwiek spotkam Willson poza szkołą – jej jędzowaty głos pozwolił mi zapomnieć o dotychczasowych problemach.
Miałam ochotę wepchnąć to ubabrane skażone menu do jej cuchnącego gardła, by się raz na zawsze zamknęła. Jak Zayn mógł dopuszczać do siebie te liszajowate usta? Moja mina musiała zdradzać myśli, bo wszyscy zaśmiali się porozumiewawczo, a Vic tylko prychnęła.
- Tym razem, kochanie, ogranicz soczki. Dobrze wiemy, jak ostatnio się to dla ciebie skończyło.
Odpłynęła mi krew z twarzy. Czyżby ona wiedziała?
- Takie zgony dopuszczano w gimnazjum, teraz powinnaś znać swój umiar.
Żałowałam, że nie byłam na sile silna, by powiedzieć jej, co robiłam z Zaynem. Tymi słowami wygrałabym tę rundę. Ba, wygrałabym swoje życie.
- Musiałam coś wypić, by tolerować takie suki jak ty.
Kolejne nowe przekleństwo brzmiało w moim głosie dosyć dumnie. Podobało mi się, że wreszcie pokazałam całą prawdę. Nie polubiłam natomiast Malika, który znikąd poczuł obowiązek bycia troskliwym wobec Vic.
- Daj jej spokój, Effie.
Pogubiłam się, który Zayn był prawdziwy. Zazdrość wzburzyła się we mnie i pierwszy raz wszelkie tamy i zapory tak po prostu uległy. Miałam w zanadrzu idealne riposty nie do pokonania, wiele słów tak brzydko elokwentnych, że Vic nie zrozumiałaby nawet ich sensu. Czułam skurcz w żołądku świadczący o obecności ekscytacji. Jednak poczułam też kopnięcie w kostkę zadane przez Alexa, który najwyraźniej bardzo nie chciał, bym się odzywała.
Umilkłam więc, burcząc pod nosem tylko prośbę o cierpliwość. Alex uśmiechnął się szeroko i mrugnął do mnie w celu dodania mi otuchy i wsparcia. Zarumieniłam się delikatnie, wychwytując w jego gestach dużo opiekuńczości, jakiej nikt mi nigdy nie dał. Alex, w porównaniu z Zaynem, był inny. Nie zmienił się w moim towarzystwie, tylko otworzył, był ze mną, bo chciał, nic go nie zmuszało, nie podejmował żadnych dziecinnych wyzwań.
- Sprawiacie, że czuję się trochę niezręcznie. Czy wy kręcicie ze sobą? – zagaił jakiś obcy mi chłopak, który siedział pośrodku ławki i rzucał nam znaczące spojrzenia.
Wtedy wszyscy zaczęli mi się przyglądać, oczywiście tym samym sprawiając, że rumieńce zaczęły parzyć mi skórę, a warstwa potu wystąpiła na piekącej szyi. Co za ironiczne podejście do życia. Zasłoniłam twarz włosami i utkwiłam oczy w podłodze, ale prędko poczułam mocny ucisk na ramieniu i głowie.
- O-oo, zawstydziła się!  - zagruchała dziewczyna obok mnie i zaśmiała się. – Jakie to  słodkie.
Zasłoniłam twarz dłońmi, mimowolnie sycząc na gorąco swojej skóry. Rozwarłam palce, by rzucić okiem na Zayna, chcąc sprawdzić jego reakcję, czy w ogóle jakkolwiek zareagował, czy w ogóle wiedział, co się dzieje, gdy zagłębiał się w spojrzeniu swojej dziewczyny.
Tak, patrzył. Patrzył intensywnie, mimo że nie zdradzał swoich emocji. Zamknął się przede mną z impetem podobnym do wybuchu bomby. Gdy siła jego wzroku zaczynała wygasać, a on nabrał pewności, że gapiłam się na niego z ukrycia, powoli przeniósł spojrzenie na Alexa. Jego ręka oplotła talię Vic i zacisnęła się na jej brzuchu. Nie skomentował.
- Czy to, że jestem uprzejmy, robi ze mnie zakochanego? – parsknął Alex, chcąc rozładować dziwne napięcie wyczekiwania.
Spektakularne słowa.
- Tak?! – wydarły się chórem dwie dziewczyny i zaczęły chichotać.
Nikt nie poruszał więcej naszych relacji. Vic zaczęła paplać o jakimś koncercie w pobliskim klubie i wszyscy jak najęci sprzeczali się o najlepszy gatunek muzyczny. Siedziałam cicho, obserwując innych i zastanawiając się, z jakimi oni zmagali się trudnościami. To była jedyna osłoda tego dnia. Świadomość o cierpieniu każdego. Poza tym, ten dzień należał do ośmiu z najgorszych dni mojego życia. Więcej ich już nie było. Zwyczajnie straciłam rachubę.
Udało mi się zagłębiać w dźwiękach muzyki, która miała źródło tuż nad moją głową w postaci olbrzymiej wiszącej kolumny. Nie wyłapywałam już nawet pojedynczych słów nikogo, nawet głos Zayna nie odróżniał się od reszty. Nie rozumiałam tajemniczego śpiewu, było to piękne drżenie, miękkie wibracje, huczne zróżnicowanie melodii z głosem, zmysłowe tempo, powolne, perfekcyjne, frapujące i chwytające w zapomnienie.
Dopóki moich myśli nie zagłuszył pijacki wrzask Alexa.
- Skarbie, chcesz jeszcze coś do jedzenia?
Owszem, to był dobry pomysł, by już opuścić ten lokal.
- Jasne, pójdę po frytki – sapnęłam, wstając pospiesznie i biorąc pusty tłusty talerz w ręce.
Przełknęłam szybko ślinę, bijąc się mentalnie po głowie za własne niedopatrzenie. Nie było możliwości wycofania się. Nie dzisiaj,  nie… nie kiedy miałam ostatni dzień. Dlaczego traciłam swój czas na myśleniu o Zaynie, jeśli był tuż obok? Dlaczego w ogóle miałam o nim myśleć?
Pokazał mi ciemność.
Zdławiłam upór i przebrnęłam przez pierwszą dziewczynę, oczywiście stając jej prosto na stopę. Syknęła, ale uśmiechnęła się i pchnęła mnie słabo, bym nie zasłaniała jej już ludzi, z którymi prowadziła rozmowę. Szybko pokonałam drugą i trzecią przeszkodę, balansując w ten sposób, by uniknąć dotykania. Nawet mi to poszło.
Pokazał, że byłam jego ulubionym problemem.
Westchnęłam, kurczowo łapiąc talerz i oblizałam usta. Jeszcze tylko jedna osoba i dotrę do Vic siedzącej na kolanach Zayna. Na razie mnie nie dostrzegali, zbyt pochłonięci wymianą śliny i prawdopodobnie setki drobnoustrojów.
Pokazał, że byłam zbyt skomplikowana do pokochania.
Pokazał, że wcale nie byłam ślepa – ja widziałam za dużo, wyobrażałam sobie coś, co nie istniało.
Pokazał mi życie tak niebezpieczne, że Bóg nie miał już wcale równie wielkiej wartości co kiedyś. To nie On chował mnie w swoich ramionach podczas tamtych nocy, to nie On rzucał mi świat pod nogi. Ale to Bóg pchnął mnie w cień Zayna.
Ruszyłam więc, jakby mój ruch miał uczynić Malika niewidomym. Bo nagle jego brązowe oczy zaczęły patrzeć na mnie, usta zacisnęły się w bladym odcieniu, a ręce skostniały.
Pokazał mi, że potrafi zrobić ze mnie największą kretynkę świata, pozbawiając rozumu, mieszając znaczenia słów, których nagle w ogóle nie umiałam znaleźć.
Stanęłam za kolejną osobą, nie depcząc jej po nogach, ale kopiąc ze trzy razy po łydkach. Trudno. Będę skopana wiele więcej razy.
Zayn bez pośpiechu zabrał ręce z ciała Vic i spróbował zepchnąć ją porozumiewawczo ze swoich kolan, bym mogła przejść. Dziewczyna rzuciła mi pogardliwe spojrzenie, wyszeptała coś do jego ucha i zaśmiała się. Malik znowu spróbował dostrzec uczucia w moich oczach. One tylko się nawadniały. Każdemu przecież zdarzała się powódź w spojrzeniu. Od czasu do czasu.
Pokazał mi, że niedobrze jest płakać. Więc ograniczałam się do tego w nocy, kiedy nie mógł mnie przyłapać.
Malik jeszcze raz położył rękę na plecach Vic, tym razem jednak użył więcej siły. Jego stanowczość podziałała i chwilę później mogłam przejść spokojnie, lecz nadal nie swobodnie. Chciałam pysknąć Zaynowi, żeby ruszył cztery litery i wstał, skoro był na skraju ławki, ale on zignorował moją obecność, jakbym nagle wyparowała.
Może to miało mi pomóc.
Wiedziałam tylko, że muzykę z radia zastąpiła cisza. Nasz utwór dobiegł końca, aranżacja nie do powtórzenia. Myślę, że to był ten moment, który zapieczętował finał. By stał się oficjalny.
Stanęłam przodem do stołu, chcąc w ten sposób uniknąć skrzyżowania się naszych oczu, nie biorąc pod uwagę żadnej innej istotnej rzeczy. Wydawało mi się, że wszyscy skupili na nas wzrok, ale nikt nie zauważał tej chwili. Tej sekundy, gdy Zayn dotknął moje biodro, na pewno nie w dobrej wierze. Jego palce przebiegły po mojej skórze, rozbudziły się ciarki i wybuchła fala stresu.
Jęknęłam pod nosem, czując, że dotyk Malika słabnie, aż w końcu znika całkowicie sens świata i tego, czemu istnieją gwiazdy i po co kręci się Ziemia i skąd intencja Stwórcy, by mnie tutaj zesłać i najbardziej nie rozumiem, to czemu myślałam, że wiem wszystko, czemu uwierzyłam im, gdy powiedzieli, że przypadek goni przypadek. Bo ja już chyba nie wierzyłam w to co kiedyś.
Myślałam długo nad tym, czemu Zayn zaryzykował i mnie dotknął. Czy myślał o mnie i o tym, że nigdy więcej się nie spotkamy?
Uwolniona spod szponów ludzi poczułam, że wcale nie jestem tak zmęczona jak chwilę temu. Z odważnym krokiem pokonałam drogę do baru. Rzeczywiście zamówiłam frytki, chcąc zrobić ostatnią przysługę Alexowi. Zmieniałam szkołę, byłam zmuszona do zrobienia dobrego ostatniego wrażenia.
Chyba uwielbiałam zaskakujące mety i to, jak blisko były do startu, ale jak daleko od początku.
- Co to za cytat? Strzelałbym Coelho, facet zawsze miał coś nie po kolei w głowie – odezwał się kelner, uświadamiając mnie o przypadłości gadania co siebie.
Uśmiechnęłam się blado, czekając na zamówienie. Nie było już tak dużo ludzi jak na początku. Zauważyłam, że znajomi Alexa stanowili największą grupę i byli najgłośniejsi. Zayn tak bardzo do nich nie pasował. Był tajemniczy, prawie wcale się nie odzywał, był w swoim świecie i nie zamierzał nikogo do siebie zapraszać. Pokazał mi, że nie jestem go warta.
Chciałam powiedzieć to głośno. Zaznaczyć swój upadek, dno, jakie osiągnęłam. Teraz jeszcze nie umiałam odnaleźć sensu, którym kierowało się przeznaczenie, gdy nas ze sobą spotkało. Ale musiała to być dobra lekcja. Na pewno okaże się to dobre, kiedy będzie już po wszystkim. Może jeszcze nie w tym życiu. Jeszcze. Trochę.
Spadło na mnie olśnienie. To najgorsze możliwe połączenie. Kiedy odkrywamy coś, co było od dawna i nie mamy już nawet o co się wściekać. Bo jest za późno.
Z pozoru nikt z nich nie dał po sobie poznać tej różnicy. Zaśmiałabym się w ich rozmarzone twarze, chcąc przenieść swoją złą passę na nich. Na nią.
Łzy zatrzymywały się w kącikach moich ust. Połykałam je, bo co chwila miałam wrażenie, że skostniałam, umarłam w samym środku życia i nie miałam nikogo, kto dostrzegłby moje zaginięcie.
Zastanawiało mnie, od kiedy.
Od kiedy było inaczej i ile los chciał trzymać mnie w niewiedzy.
Wszystko łączyło się w niepiękną całość. Dłoń Zayna, ta, którą zwykł dotykać moich włosów, teraz oplatała brzuch Vic. Jego kciuk, którym dawniej lubił przebiegać po moich ustach, nieprzerwalnie pocierał jej skórę. Jego usta, szepcące do mnie kiedyś wielkie łgarstwa, obiecywały jej wieczność tej nocy. Mogłabym to przyjąć za zwykłą grę. Ale nie było już nic udawanego.
Widziałam, jak Zayn masował jej brzuch, mówiąc coś cicho, co parę słów zatrzymując się, by móc pocałować jej szyję. Widziałam Vic odmawiającą sobie alkoholu. Widziałam siebie z innej perspektywy, jak zaciskam sznur na szyi i oddaję życie diabłu.
Tyle widziałam. A co mogłam zobaczyć? Mogłam zobaczyć wszystkich. Przypadek, Los, Przeznaczenie i cyfrę 9 śmiejących się z mojej głupoty i naiwności. Dziewięć miesięcy.
Drżała mi broda, gdy tłumiłam szloch. Wiedziałam, że zginę w nocy w swoim płaczu, umrę na atak serca, bo tyle nie dało się wytrzymać. Zebrałam się w sobie, karmiąc się marną nadzieją, że może to moja paranoja. I szłam prosto, przeciskając się między ludźmi. Pchając talerz pełen frytek po stole, nie dbając o to, że połowa już dawno wysypała się na ziemię, nie patrząc ani odrobinę.
Vic znowu wstała, chcąc mnie przepuścić, ale pokręciłam głową, zakleszczając język zębami, by nie wybuchnąć słowami.
- Nie siadasz? – zdziwił się Alex.
Zacisnęłam powieki, żałując, że nikt mnie nie znał zbyt dobrze. Nie wiedzieli, że byłam na skraju rozpaczy.
- Wychodzę – zabrzmiałam ostrzej, niż w myślach.
Opuszczałam już ten pub, już byłam bliska drzwi, już prawie odchodziłam od znajomych, robiłam krok w przeciwną stronę. Ktoś chwycił mój nadgarstek w bezlitosny sposób, którym posługiwał się tylko Zayn. Zassałam usta do środka w gwałtownej histerii. Zayn złapał mnie za rękę i pociągnął mocno do siebie. Zaskoczona jego siłą straciłam równowagę i starając się uniknąć upadku, wbiłam palce w skórę jego ramienia.
Wyprostowałam się szybko i wyrwałam dłoń, jakbym się go brzydziła.
- Czemu wychodzisz? – warknął, dokładnie mnie obserwując.
Vic udawała, że niczego nie dostrzega. Ale słyszała wyraźnie każde moje westchnięcie. Czekałam, aż zaatakuje.
- Zostaw mnie. Mam cię dosyć.
- Effie.
- Nie chcesz mówić nic więcej, uwierz. Nie zmuszaj, bym… - urwałam, doskonale zdając sobie sprawę, co zaraz nadejdzie. Szloch zaburzył rytm mojego oddechu. Szloch, który usłyszeli wszyscy.
- Co się stało? – zawołał ktoś z tyłu, lecz nie doczekał mojej odpowiedzi.
- Zayn…– zaczęła Vic z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech nie był zwycięski. Był to raczej uśmiech typu wygrałamsukowracajdodomu – pamiętasz, że nie mogę się stresować.
To ostatnia rzecz jaka mnie zabiła.
- Kurwa mać, Willson. – Chłopak chwycił moją bluzkę i szarpnął ją mocno, kiedy znowu chciałam odejść. – Posłuchaj mnie.
Stał teraz przede mną. Tak bardzo znajomy i odświeżający wspomnienia – typowo wredny, szalony, zły i zepsuty. Nie miałam zamiaru już go ratować.
- Co chcesz mi powiedzieć? – wyjąkałam łamliwym tonem. – No co? Mów!
Jego oczy spoglądały na mnie w przerażeniu, a potem zamglone rozejrzały się dokoła. Patrzyłam, jak przełyka niewypowiedziane słowa i kręci głową w złości. Cokolwiek chciał powiedzieć, najprawdopodobniej nie było to zbyt ważne.
- Masz do mnie pretensje o jakieś gówno? Czy tylko to potrafisz robić? Powodować kłótnię, gdy wychodzimy na prostą?!
- Uspokój się. Nie masz cholernego prawa zwalać winy na mnie, rozumiesz? – podniosłam głos do wrzasku i spojrzałam prosto w jego oczy.
Żałowałam, że jedynym uczuciem, jakie kiedykolwiek  zobaczyłam u Zayna, był żal. Tak jakby to było możliwe, że go zraniłam.
- Nie rozumiesz tego bólu – wyszeptałam, by tylko on mógł usłyszeć.
- Nie pierdol więcej, Willson! – powiedział zbulwersowany, ciągnąc za swoje włosy. –  Jasne, ja nic nie rozumiem! Nie rozumiem, jak to jest być obsesyjnie zmienną i chorą psychicznie dziewczyną. Nie rozumiem, jak to jest udawać normalną w obliczu patologicznej rodziny i po śmierci brata. Czy ty w ogóle czasem o nim pamiętasz? Czy tylko udajesz taką cierpiętnicę?!
- Zayn!
Alex zmaterializował się obok. Jego twarz wyrażała chęć do walki. Nie był jeszcze przyjacielem. I nie będzie, a mógłby. I tak w tej chwili nie mogło mi mniej na tym zależeć. Zadrżałam.
Wspomnienie brata było ciosem poniżej pasa i Zayn doskonale to wiedział. Wiedział to od zawsze, czekał, by uderzyć w odpowiednim momencie. Nie miałam ochoty ani więcej energii. Pokiwałam otępiale ciężką głową i obróciłam się. Znowu mnie złapał.
Trząsł się od skrywania irytacji, jego ucisk był nieczuły i całkiem, całkiem obcy.
- Mam nadzieję, że swojego bachora wychowasz lepiej – warknęłam. – Że nie będzie taką życiową niedojdą jak ja. I będzie miało ojca, zaraz jak wyjdziesz z więzienia.
- Na pewno nie będzie ofiarą losu jak ty, nie jest twoje – wtrąciła Vic.
Zayn wydawał się jej nie słyszeć. Ja nie potrafiłam.
- Zaraz. Jakie dziecko? Jesteś w ciąży?!
- Czemu się sprzeczacie? Przecież się nie lubicie.
- Ktoś wspominał o pierdlu, czy się przesłyszałem?
- Frytki są zimne.
- Skąd masz czelność wspominać mojego brata? Kto ci pozwolił o nim mówić, do cholery? – Płakałam na całego. Płakałam, jakby jutro miał być koniec. Jakby nie wiedząc, że jutro jest koniec.
- Ja… Nie… Naprawdę nie. Effie, musisz…
- Nic nie muszę. Miałam w tobie dużo nadziei. Dałam ci wszystko. Wybaczyłam ci dzisiaj, wiesz? Naprawdę to zrobiłam – skłamałam.
Zayn patrzył na mnie długo, aż ja pierwsza musiałam przerwać połączenie. Jego oczy pokazywały nagle zbyt wiele emocji. Rozumiałam, czemu do tej pory się powstrzymywał.
- I mylisz się. Byłeś dla mnie toksyczny i się myliłeś. Wmawiałeś mi, że nie jestem wystarczająco dobra, a to ty nie zasługujesz na mnie! Patrz, jak do ciebie mówię! – Chwyciłam w ręce jego zaciśniętą szczękę i skierowałam głowę na siebie. Odepchnął moje dłonie. – Nie zasługujesz na nic, co masz.
- Nie idź – poddał się.
- Koledzy cię słyszą, Zayn. Jeszcze sobie pomyślą, że naprawdę chcesz mnie zatrzymać – parsknęłam ozięble.
- Błagam cię, kurwa. Przestań to robić, odwróć się do mnie…
Wiedział, że odchodzę. Szłam coraz szybciej, on powoli przestawał mnie doganiać. Zrobiłam tylko trzy kroki, a już zaczynałam normalnie oddychać. Efekt wolności.
- Kłamałem! – powiedział niechcący z powodu zdenerwowania. Nie miał tego słowa w planach i przez chwilę chciał się wycofać. Odetchnął ostatecznie i wbił palce w moje ramię, bym się obróciła. – Nie jesteś dla mnie nikim.
- To by dużo zmieniło – powiedziałam, uznając, że nie będę go okłamywać podczas naszego pożegnania - gdybyś się przyznał dwa miesiące temu. Jesteś złym człowiekiem. Nie potrzebuję złych ludzi.
- Ale ja potrzebuję ciebie.
Nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego od niego. Nigdy. To było jak martwa gwiazda, która w rozrachunku okazała się być niczym więcej tylko odłamkiem szkła odbijającym światło. Mogliśmy być kimś, Zayn. Zepsułeś nas.
Jego ręce zaciskały się w pięści. Rany na kostkach palców powoli zaczęły pękać. Błyskawicznie rozpoznałam metaliczny zapach krwi. Wiedziałam, jaki to musiało sprawiać mu ból, ale on wiedział, że to nic w porównaniu z moim bólem. Myślę, że tylko ten jeden raz dobrze się rozumieliśmy.
- W cokolwiek grasz, poddaję się. Dopiąłeś swego, zniszczyłeś mnie do granic możliwości, zamieniłeś w ruinę. Nie chcę, po prostu już nie chcę więcej. Nie zniosę. Nie każ mi.
Moje łzy toczyły się po skórze bardzo powoli, pragnąc być dotknięte przez palce Zayna. Nic z tego.
Jego oczy mówiły inaczej niż usta. Groziły mi, nakazywały posłuszeństwo. Czekałam na eksplozję chłopaka, na jego uderzenie.
Zanim zdołał to zrobić, odwróciłam się tyłem i zrobiłam jeden krok. A potem kolejny. Nie szedł już za mną, nie próbował mnie dogonić.
- Mów mi więcej kłamstw – powiedziałam do siebie, zanim wywrócił mi się świat na kolejne „do góry nogami”.
- Kocham cię.
Oto jest wszystko, co morduje ludzi szybciej niż najdroższe karabiny świata. Rani, jak najgorsza choroba. Wykorzystuje, jak najlepsze uzależnienie.
Dużo ludzi krzyczało, ale nie rozumiałam ani słowa. Dużo ludzi miało pretensje, ale nie rozpoznawałam też tonu ich głosów. Pamiętam, jak łzy zasłoniły mi wszystko i byłam zła na nie o to, bo nie widziałam Zayna, złościłam się, mimo że przecież stałam tyłem. Chciałam zobaczyć jego twarz, usłyszeć jeszcze raz te dwa wyrazy, pytając, czy były adresowane do mnie, zabijając go, jeśli nie były.
W końcu odpowiedziałam:
- Może dawniej bym ci uwierzyła.
- Willson!
Znowu mnie dotknął. Tym razem nie wytrzymałam i spoliczkowałam go z użyciem całej siły. Poczułabym ulgę . Wyciszyłabym się dźwiękiem uderzenia i widokiem jego zamkniętych oczu. Ukoiłby mnie jego smutek. Gdyby to tylko był Zayn.
- Tato?!


“I want you to know that I've got your back
Even when the whole foundation seems
Cracked Two punk kids up against
the wall, Ya trouble, there goes
trouble, We could be king and
 queen of the moonlight
Two young lovers
and when the
moods right
you hear
 me
say
'I want you'”
-Pull me down
Mikky Ekko


Dziękuję za każde wejście na tego bloga. Wiem, że wymęczyłam was i wasze oczy i wasze nerwy. Może jesteście źli za taki koniec - nie mogę za to przeprosić, bo to jest dokładnie taki koniec, jaki chciałam stworzyć. Nie piszę bajek, piszę coś, co może się zdarzyć, coś życiowego, a wiadomo, życie to nie zawsze happy end :D 
Dziękuję za każdy komentarz, będę wracać na ten epilog, na to zakończenie, na tę stronę. Wiem, że koniec wyobrażaliście sobie inny, na pewno też, żeby nastał on wcześniej - przepraszam za to. 
Nie wiem, co będzie dalej. Może dodam 2 część, jeśli uważacie, że jest sens i chcecie dalszego ciągu, koniecznie naskrobcie jakieś słówko. 
Miłych wakacji, miłej jesieni, wesołych świąt, wszystkiego najlepszego! 
Co najmocniej pamiętacie z tego bloga? O co jesteście źli, jaki planowalibyście koniec, co was tu ze mną trzyma? Jako że to koniec ( póki co ), zakończmy to miłym akcentem, żegnam się z wami, a wy ze mną????? 
Jestem sprzecznością, dlatego żegnam się, jednocześnie mówiąc "do następnego" ;) 
Czekam i zwlekam.
Stay tuned, 
Viv V.
XOXO