niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 26



*sama nie pamiętałam nic, co się wydarzyło, więc zachęcam do przypomnienia sobie, co było w poprzednich postach*przeczytaj notkę na dole*dzięki że jesteś*

 https://www.youtube.com/watch?v=0J2OF1S3iSI

Nie było powietrza w samochodzie, dusiłam się i dusiłam od nowa, nie doczekując się zbawienia. Miętowy nawiew z klimatyzacji wcale nie dawał ulgi w walce o życie. Czułam się wykorzystana i wykorzystująca zarazem. Rzucałam się w tym przeklętym drogim fotelu, ignorując ucisk pasów bezpieczeństwa, ignorując oddalający się dom Zayna. Czy ktokolwiek kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że skończę w ten sposób? Że tamtego dnia… zwrócę uwagę na Malika? Że spojrzę na niego i okaże się, że on już patrzy? Że będzie dzień naszej pierwszej rozmowy, pierwszej kłótni i pierwszego zdarzenia, które z pozoru zwyczajne, zamieni moją przyszłość w niechcianą obietnicę?
Że zbliżymy się na tyle, by jedyne co poczuć to różnica, jaka nas dzieli?
Kto by uwierzył w dobry koniec tragedii?
W czasie kiedy wykrwawiałam się na śmierć, on pewnie nie zaprzątał sobie nawet głowy moim istnieniem.
„Zepchnij mnie na dno, jeśli tego chcesz”.
Łzy gościły w kącikach moich oczu. Przywitałam je z ironicznym uśmiechem, myśląc sobie, że jako jedyne nie zawodzą i zawsze są o odpowiedniej porze.
- Mój mąż zwykł mówić, że… jedyną dopuszczalną formą nienawiści jest ta kierowana do osoby, którą kochasz.
Matka Zayna nie patrzyła na mnie, była tym samym rodzajem człowieka co ja i najwyraźniej rozumiała pojęcie dyskomfortu i nieuniknioną mieszankę łez z tuszem do rzęs.
- Ludzie nigdy nie żałują krzywdzenia mnie – wyszeptałam, by nie usłyszała. Nie miałam nawet większej siły na opowiadanie o swoim nędznym życiu.
- Nie wiem, co wstąpiło w mojego syna. Zawsze był buntownikiem, od małego uciekał z domu, wracał pobity lub leżał nieprzytomny pod drzwiami. Jego ojciec… razem z nim trzymaliśmy Zayna na krótkiej smyczy, ale – zaśmiała się oschle – nie da się utrzymać przy sobie kogoś, kto nie pasuje. Nie możemy winić go za los, jaki sobie wybrał. Jeśli chce nabawić się choroby wenerycznej, niech to zrobi. Dostanie lekcję życia na wizycie u ginekologa.
Parsknęłam gardłowym śmiechem, nie spodziewając się takich słów. Moja twarz jednak momentalnie wróciła do smutku, kiedy zrozumiałam, że nawet nie chcę dla Malika źle. Nie chcę, żeby zachorował, nie chcę, żeby był nieszczęśliwy.
- On ma swoje wybuchy i po twojej reakcji wierzę, że nie pierwszy raz cię tak potraktował. Z doświadczenia wiem, jak należy się z nim obchodzić, by poczuł się winny. To trochę skomplikowany chłopak.
- Wiem – przytaknęłam, ona się uśmiechnęła, skręcając na światłach w lewo.
Za siedem minut powinnam być w domu.
- Kiedy się go ignoruje, on robi to samo. Nie będzie się uganiał.
- Czemu mi to pani mówi?
- Mam oczy, Effie – Jej głos nagle stał się donośny, rozrywał mi bębenki w uszach, targał duszę – ale nie jestem pewna, czy dobrze wybrałaś. Te sprzeczne sygnały – nie ma od nich nic gorszego. No chyba że ta spalona lasagne, którą dzisiaj jadłam.
- Wybaczałam pani synowi zbyt wiele razy, żeby poświęcać więcej nerwów. Ja już skończyłam. – Wzruszyłam obcesowo ramionami, mimo że ta sytuacja nie spłynęła po mnie jak po kaczce.
Spływała, spływała i spływała długimi strumieniami wrzątku.
- Nie chcę brzmieć jak matka, która nie widzi świata poza swoim dzieckiem, ale… on jest dobrym człowiekiem.
Był, to prawda.
- Jest wrażliwy, opiekuńczy i szczery.
Tak.
- Wart zaufania i chwili czasu.
Tak.
- Trzeba go tylko zachęcić.
Tak.
- I wierzę, że da się go zmienić.
Nie dało. Ona tego nie wiedziała. A ja nie zamierzałam pluć na nią jadem poprzez użycie niepodobnych do mnie słów. Chciałam być już w pokoju i krzyczeć jego imię do poduszki. Chciałam wrzaskiem sprowadzić go do swoich snów.

Minęło sześć dni ignorowania Zayna, których zapewne byłoby więcej gdyby nie złośliwy los. Tuż przed wejściem do szkoły uznałam, że zbyt często oskarżam swoje nikomu niewinne życie o porażki. Tamta fascynacja była pouczeniem. I spełnieniem jakiegoś tam pragnienia.
Ktoś jednak spojrzał na mnie inaczej. Ktoś taki jak Zayn – plus dziesięć punktów. Na kogoś takiego jak ja – plus kolejne dziesięć. Między nami uczucie dziwne, bliskie do pożądania – plus gorące dwadzieścia punktów. Zwyciężyłam, czy ktokolwiek tego chciał, czy nie.
Nie było wcale tak źle. Od kilku dni nie płakałam. Nie użalałam się nad sobą i nie wmawiałam sobie, że nie jestem wystarczająco dobra. Przestałam zwracać na siebie uwagę. Po prostu… żyłam, lekceważąc to, kim jestem. Zaczęłam traktować Malika jak wyśnioną postać, która nie istnieje, a z którą miałam sposobność spędzić najlepsze chwile w życiu.
Wyjmowałam wtedy podręcznik z szafki, gdy wysypały się z niej setki ulotek. Wywróciłam oczami na ten jakże oryginalny żart dojrzałych uczniów. W każdym filmie był ten rodzaj prześladowania, doprawdy.
Ludzie obrócili się za mną ze śmiechem, ale nie zareagowałam. I tak nikt by nie stanął po mojej stronie. Odkąd Malika nie było w moim pobliżu, wszyscy widzieli we mnie zabójcę swoich rodzin.
Schyliłam się, by podnieść kartki i zmarszczyłam czoło. To nie żadne pogróżki czy chociaż wyzwiska lub anatomiczne przedstawienie męskich narządów płciowych potocznie zwanych jako ku…
- Suka! – zawołał ktoś, znacząco popychając mnie kolanem w plecy. Z tej racji, że klęczałam i wcale nie spodziewałam się ataku, straciłam równowagę i wpadłam żałośnie między wszystkie ulotki.
Okej, Zayn… Więc… wcale się nie dziwię twojej decyzji. Gdybym mogła, też bym trzymała się od siebie z daleka.
Zignorowałam przezwisko rzucone przez – ach, ta ironia – Vic. Liczba przeczytanych przeze mnie książek w ciągu całego życia była mniejsza od ilości chłopaków, z jakimi spała tego roku. A dodajmy, że nie istniała w szkolnej bibliotece książka, której bym już nie znała.
- W imieniu Zayna chciałam cię przeprosić... i podziękować za odwiedziny.
Jej posklejane rzęsy utrudniały mi powstrzymanie śmiechu…
- Że co? – Nie zwróciłam uwagi na rwące się do biegu serce i gulę w gardle. Z drugiej strony możliwe, że Vic mnie dusiła spojrzeniem.
Gdyby nie drgnięcie policzka dziewczyny na dźwięk dzwonka, wcale bym się nim nie przejęła.
- Tak… Gdyby nie ty, nie zostalibyśmy u niego sami. Mieliśmy cały dom dla siebie. Ale i tak skorzystaliśmy z łóżka. No i podłogi. Ściany. Kanapy. Dałaś nam dużo czasu. – Patrzyła na swoje czarne długie paznokcie i uśmiechała się szeroko.
A ja kuliłam się pod szafkami, uciekając myślami do swoich obietnic.
- Nie rusza mnie to. Jako dobra koleżanka mogę zawsze kupić ci testy ciążowe. Ale z drugiej strony oboje jesteście jeszcze dziećmi i chyba nawet nie macie czym się zapładniać.
Ta riposta była słaba, nawet jak na mnie, ale Vic i tak zmrużyła drwiąco oczy, prychając.
- Jesteś zła, bo on znowu jest mój.
- O Boże, a bierz go sobie. I tak zaraz cię zostawi, tak samo jak zrobił to ostatnim razem. To nie chłopak dla mnie, to nawet nie jest chłopak dla ciebie! Powinnaś mieć wyższe standardy. Zayn nie zasługuje na nikogo - wypaliłam. - Powinien zginąć, jednak w moich oczach już od dawna jest martwy, więc wszystko jedno.
Otworzyła usta ze zdziwienia, pewnie nigdy wcześniej nie przypuszczając, że mogę tak bardzo ociekać złośliwością. Podniosłam się z ziemi, chwytając jedną ulotkę i wyjęłam podręcznik, nie wiedząc nawet do jakiego przedmiotu. Trzasnęłam szafką, wyobrażając sobie na miejscu drzwiczek głowę Vic.
- Żegnam – powiedziałam, puszczając do niej oko.
- Zmienił cię. Nie wierzę, że udało mu się zmienić depresyjnego kujona. – Brzmiała na szczerze zaskoczoną.
Spotkanie z nią zadecydowało o wszystkim, co zrobiłam dalszego dnia. A kolejną lekcją była geografia, do której akurat nie przywiązywałam dużej wagi. Siedziałam na samym końcu, gdzie nikt nie przejął się nawet, by zapalić mi jakieś światło i gładziłam kolorową ulotkę. Trzęsłam się ze strachu przed nauczycielem i byciem przyłapaną, ale w ostateczności powiodłam wzrokiem po napisie.
Słabo. Impreza. Liczyłam, że treść będzie ciekawsza niż synonim do rzygi, alkohol, tłum, gwałt i obmacywanie. Nie podobała mi się żadna z tych rzeczy, w dodatku musiałam skupić się na eseju z języka włoskiego. Byłam potrzebna w domu w ten weekend. Byłam potrzebna przy ogrzewaniu swojego łóżka, opiekowaniu się laptopem i testowaniu drzwi lodówki w przerwie na pochłanianiu produktów, którym kończyła się ważność.
- Willson na pewno odpowie. 
Obowiązkowe polecenie wydawane uczniom, którzy akurat w tej jednej minucie myśleli o czymś innym.
- Cholera jasna.
- Słucham?! – Profesor ściągnął swoje okulary z zaskoczenia, zrobiłabym to samo, gdybym mogła się ruszyć.
Moje skrępowanie nie pozwoliło nawet na przeproszenie. Wszyscy na mnie patrzyli, na szczęście nie było w tej grupie nikogo z „watahy” Vic, co dodało mi trochę odwagi. Okej, może nie dodało mi brawury, ale na pewno zmniejszyło strach. Ograniczyłam się do zaciśnięcia zębów na dolnej wardze.
- Odpowie pani?
- Nie, nie znam pytania.
- Zadałem je.
- Tak, ale… Nie pamiętam już. Przepraszam – wydukałam, patrząc na swoje biurko. Szybko chwyciłam w pięść ulotkę i zmięłam ją mocno, chcąc, by wyparowała.
Ale dwie sekundy później profesor już otwierał ją w swoich rękach.
- Proszę dostosować się do powiedzenia, że to co dobre dla innych, niekoniecznie przystoi tobie. Pani Willson i impreza? Może tylko, żeby napisać sprawozdanie.
Cała klasa zaśmiała się jednogłośnie, a ja złączyłam brwi, głupkowato patrząc na nauczyciela.
- Bardzo dydaktyczne podejście – wybąkałam, nie wiedząc z początku, że naprawdę udało mi się wymówić te słowa.
- Jeszcze coś chcesz dodać?
- Tak. Niech pan, z łaski swojej, nie wtrąca się w moje sprawy.
- Ponieważ?
- Ponieważ wydaje mi się, że byłoby problemem, gdyby wszyscy nagle dowiedzieli się o pana romansie z wicedyrektorką. Trochę dziwny sposób, by zatrzymać przy sobie pracę. Ale cóż, to zależy od nauczyciela.
Mogłam poczuć tę satysfakcję, jaką czuł Malik, krzywdząc ludzi i chyba mogłabym stać się równie bezuczuciowa, gdyby moje sumienie zostało zżarte do końca. Pożałowałam jednak swoich słów zaraz po ich wypowiedzeniu. Zanim profesor się odezwał, przez jego twarz przeszły wszystkie odcienie czerwieni, purpury i zieleni, na koniec pozbawiając ją jakiegokolwiek koloru.
- Do dyrektora w tej chwili.
Wydęłam wargi w niezgodzie, ale spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z klasy, która nigdy nie była tak cicha jak w tamtej chwili. Nie wiem już sama, kim byłam. Mózgiem szkoły, dumą… czy rebeliantką.
Zrobiłam sobie przerwę w drodze do szefa całej bradfordzkiej bandy i kupiłam w automacie paczkę słonych paluszków. Jak się potem okazało, mogłam ich nie kupować, no, chociaż nie otwierać. Patrzyłam, jak powoli rozsiewają się po podłodze niczym bierki. Przeklęłam, zastanawiając się co teraz zrobić. Wreszcie podjęłam decyzję, ominęłam paluszki i zasmucona oraz zagłodzona weszłam do sekretariatu.
W głębi serca liczyłam na ujrzenie Zayna. Mógłby siedzieć w poczekalni, pożerać mnie wzrokiem, mówiąc, że chce tego, co było wcześniej. Mógłby wziąć mnie na kolana i całować dotąd, aż rozdzieliłby nas dyrektor.
Oczywiście jednak go nie było. Może to ja teraz odgrywałam rolę złego bohatera?
- Potrzebuję znać tę klasę!
Ktoś uderzył pięścią o ladę sekretarki i przeklął pod nosem. Rozpoznawałam tę sylwetkę, ale nie umiałam jednoznacznie stwierdzić skąd. Takie osoby nie często pojawiały się w mojej codzienności.
- Zayn Malik, proszę poszukać jeszcze raz. Tym razem może dokładniej! – wycedził mężczyzna przez zęby, ciskając gromami w stronę przerażonej kobiety.
- Nie możemy udzielać takich informacji…
W jednej chwili nastała cisza, potem westchnięcie, pisk i sięgnięcie do kieszeni. Spanikowana cofnęłam się, plecami natrafiając na drzwi i z hukiem je zamykając. Na co ta nauka? I tak byłam głupia. Gdybym grała w horrorze, z pewnością pierwsza bym zginęła.
Oczy spoczęły na mnie. Sekretarka wydała się być wniebowzięta moją obecnością, z kolei mężczyzna wykrzywił się burkliwie. Z każdą sekundą jego mina stawała się łagodniejsza, a kiedy się uśmiechnął, prawie nie wybuchłam płaczem z przerażenia. Coś się działo w jego głowie i to nie mogło być dobre.
- Kopę lat.
- Wezwę policję…
- My się znamy.
Nie!
Mężczyzna zaczął do mnie podchodzić. Odetchnęłam lekko, kiedy wyjął ręce z kieszeni. Nie miał broni, choć jego ręce z pewnością mogły udusić mnie w przeciągu dziesięciu sekund. Karetka przyjechałaby za jakieś siedemnaście minut. Wszyscy się zabijmy.
- Nie pamiętasz mnie? Naprawdę? Cóż, ciebie trudno zapomnieć. Błędy zawsze się pamięta.
- Przepraszam?
- Jestem Nick.
To imię odblokowało tamte wspomnienia. Zacisnęłam oczy.
- Nie przypominam sobie – skłamałam.
- Przyjaciel Zayna.
- Nie znam kogoś takiego, przepraszam… Musiał mnie pan pomylić. – Sekretarka łypała na mnie groźnie, przeklinając za to, że zamierzam znowu ją z nim zostawić. – Dyrektor w środku?
- Tak – odparła krótko.
Skinęłam głową i przeszłam obok Nicka, w mojej głowie pojawił się obraz piwnicy, z której przechodziliśmy do kasyna. Zayn przyznał, że jestem warta jego czasu. Nigdy nie dopiął swego. Nie udowodnił.
Weszłam bezpardonowo, szybko zamykając drzwi.
- Nie przeszkadzam?
- Znowu ty? Willson, jeśli nie chcesz pochwalić się wygranym konkursem, to nie mamy o czym rozmawiać.
- Czyli… mam sobie iść?
- Zaskakujesz mnie. Wiedziałem, że ten nieudacznik ściągnie cię na złą stronę. Obudź się, Effie.
Zawiodłam wszystkich.
 
Nadszedł wieczór i jak zwykle leżałam zakopana pod kołdrami, smarkając w chusteczki. Byłam płytka, jeśli chodziło o ckliwe komedie romantyczne. Zachowywałam się na nich jak typowa dziewczyna. Chciałam tego wszystkiego, dobrego zakończenia, przyjaciół, szczęścia. Płakałam z żalu, że ludzie dają nadzieję, pokazują w filmach jakieś niestworzone elementy, które w rzeczywistości nie mają prawa istnienia.
Podobała mi się główna bohaterka, bo przypominała mi taką mnie, jaką chciałabym być. Była pewna siebie, ale skromna, wymagająca, ale niekapryśna. A na bal poszła sama i bawiła się najlepiej. Ponadto utarła nosa chłopakowi, który jej nie chciał.
Cóż, to mogłoby być całkiem przyjemne. Oblać wódką idealne włosy Zayna, rzucić w niego tłustymi chipsami, ubrudzić jego ubranie, patrzeć, jak powstrzymuje się przed wybuchem. Cokolwiek by nie zrobił ( a bardzo interesujące, co by zrobił ), stałby się tematem plotek.
Miałam udawać ofiarę do końca świata? Dostałam zaproszenie na imprezę, nikt nie mógł wmówić mi inaczej. W dodatku było to w domu jakiegoś nowego ucznia, który chciał podlizać się tutejszym, urządzając przyjęcie. Co jeśli to ten jedyny, a ja nigdy się nie dowiem, bo ukrywam się w domu?
Dobra, po prostu chciałam zemścić się na Zaynie. Nieważne, że nic dla niego nie znaczyłam, będzie zły, jak mnie zobaczy. Będę wyglądać jak milion dolarów.

Wyglądałam jak dziesięć dolców znalezionych w spranych dżinsach w jakimś odludnym sklepie z tanią odzieżą. Sukienka, którą założyłam, była niegdyś długa i luźna, ale przez kilka lat przybyło mi tu i tam. Chyba nawet mogłam się zaakceptować. Gdyby nie brak jakichkolwiek szpilek lub chociaż butów na koturnie. O tym już nie pomyślałam.
Patrzyłam na swoje długie włosy opadające na ramiona i plecy, na czerwoną lśniącą sukienkę, która opinała moje biodra, uwypuklała brzuch, ściskała piersi w taki sposób, że ledwo oddychałam. Potem wzrok zjechał na czarne tenisówki, które w ogóle nie pasowały do stroju, ale nie miałam innego wyjścia.
Na całe szczęście moje nogi należały do w miarę długich, dzięki czemu nie wyglądałam tak tragicznie i nie przypominałam karła.
Rodziców znowu nie było, a ja musiałam dodać sobie śmiałości, doskonale znając siebie i wiedząc, że zwiałabym z imprezy już na samym początku. Odważyłam się ukraść ojcu piwo z barku.Tak, a mówią, że nie jestem szalona. Połowę zawartości butelki wylałam jednak do zlewu, nie chciałam stracić czujności jeszcze przed wieczorem. Zaczesałam włosy na bok, żeby odsłonić twarz. Nałożyłam dosyć mocny makijaż, który poprawiałam jakieś pięćdziesiąt minut, przeglądając na internecie różne sposoby na stuprocentowe zakrycie niedoskonałości.
Wyglądałam teraz jak dziesięć dolców i pięć centów. Już jakiś progres.
Oparłam dłonie o policzki i zaśmiałam się. Co ja wyczyniałam? Wybiegłam znowu z łazienki, wygrzebałam tym razem piersiówkę i pochłonęłam ją w błyskawicznym tempie. Więc miałam odporne na wódkę gardło, mogę tym zabłysnąć.
Nie. Poznawałam. Siebie. Zupełnie.
Zachichotałam głośno, patrząc na piersiówkę. Całkiem zabawny kształt. Nazwa jednak niezbyt wyjątkowa. Cofając się do salonu, przypadkiem kopnęłam pantofle mamy. Patrzyłam na nie w otępieniu długie kilka minut, a potem pozbyłam się tenisówek w błyskawicznym tempie i zastąpiłam je lśniącymi szpilkami. Kiedyś trzeba się nauczyć, prawda? Zachichotałam na widok swojego odbicia w lustrze.
Uniosłam wzrok na zegar. Czas w ogóle mnie nie bawił. Dźwięki wskazówek brzmiały jak dzwony na egzekucję. 

*** 
long time no hear :) Wypadłam zupełnie z wprawy, stresuję się przeokropnie. Rozdział jak rozdział- bez Malika nudy, ale liczę na wyrozumiałość xo Chciałam was przeprosić, nie ma nawet słów, by wyrazić, jak mi wstyd, że odeszłam na tak wiele miesięcy i ot tak sobie wróciłam. Czuję się niezręcznie, ale niesamowite jest to, że nadal tutaj jesteście. Jesteście i czekacie i no hm cóż, bądźcie. nie zdradzam z reguły tego, co się skrywa za kolejnymi rozdziałami, ale sama jestem dosyć podekscytowana i nie mogę się doczekać, by wam to wszystko już pokazać :) zayn jest łobuziakiem moim i nie chcę go zmieniać, bad boy na wieki ♥
Gdybym miała bogactwa świata, to bym wam je oddała w przeprosinach, naprawdę. Cholercia, strasznie jestem wam wdzięczna za to, że macie ochotę tracić swój czas na Young Lovers :) Ten rozdział jest do bani, nienawidzę go. Ogólnie to zwlekam teraz z dodaniem tego na bloga, no... Macie cos przeciwko, jeśli będę wstawiać piosenki ze ścieżki dźwiękowej Greya? Osobiście nie jestem zachwycona 50 odcieniami, ale nie mogę ukryć, że soundtrack jest po prostu idealny! 
Aha, przypominam, że piosenki zamieszczone do rozdziałów nie są dobierane przypadkiem, mają związek z tekstem i klimatem, takze tego :) 
Nie chcę, żebyście źle mnie rozumiały. Odeszłam z powodów prywatnych nie tylko tych, co są niektórym znane. Wróciłam, i to jest ważniejsze. wróciłam, bo nie mogłam pisac dalej i nie myślec, o tym, czy to jest okej, co robię. masakrycznie tęskniłam za czytelnikami, za śmiesznymi komentarzami i za tymi, które wyciskały mi łzy z oczu. bardzo często wchodziłam na blogi i tak zwyczajnie sobie czytałam opinie, potem dopiero rozumiejąc, że na włąsne życzenie to wszystko straciłam. jestem beznadziejna, lel. 
NAPISZCIE MI, CZY NIE POWINNAM CIĄGNĄĆ CZEGOŚ, CO zaczęłam dawno, bo teraz mój styl się trochę zmienił i zapewne na gorsze. napiszcie mi wszystko, bo umrę normalnie. brak odzewu zawsze równa się z tragedią, boję się, że was zawiodłam. oszaleję zaraz. 
Wybaczcie mi jeszcze sto razy więcej i chyba przełknę wyrzuty sumienia.
Czekam na was v.v.
i przepraszam za jakiekolwiek błędy. 2 w nocy robi swoje :D znowu ta późna pora :) x